Pomidorowa

 Kiedy byłam małą dziewczynką i mieszkałam w bloku z wielkiej płyty, a największą rozrywką na podwórku była gra w klasy, nie cierpiałam zup. Każdej. Może z wyjątkiem owocowej, którą mama gotowała na Wigilię, bo nie lubiliśmy grzybowej i barszczu. Zupa kojarzyła mi się z okropnym zapachem w domu i obiadem, który jadało się na szybko po szkole albo pracy. Tylko w weekendy jadało się kotlety, ziemniaki i mizerię. A najgorsze w zupach było to, że tę samą jadło się przez 2-3 dni, bo taki ogromny garnek nie może się przecież zmarnować. Trzeciego dnia nie mogłam patrzeć na smętną fasolkę w zupie jarzynowej czy świderki w pomidorowej.

 Kiedy wyjechałam z domu na studia, zaczęłam tęsknić za zupami taty. Jedząc zupkę chińską, aby zaoszczędzić na jakieś rozrywki z niewielkiego kieszonkowego, marzyłam o solidnej misce tatowej zupy i bułce do zagryzienia. Najbardziej cieszyło mnie, kiedy rodzice pakowali mi do plecaka słoik czarownej potrawy, którą mogłam odgrzać w akademickiej kuchni, uważając na to, żeby ktoś mi jej nie ukradł (tak, bywało, że znikały pierogi wraz z patelnią podczas krótkiego wypadu do toalety). 

 Kiedy zostałam żoną i mamą, przyszło mi zmierzyć się z gotowaniem zupy dla mojej rodziny. Dopiero wtedy zrozumiałam, ileż serca trzeba włożyć w tę niby-zwykłą potrawę. Skrupulatnie wykonywałam polecenia rodziców, dawane przez telefon, żeby w rezultacie stwierdzić, że zupa i tak nie smakuje jak ta z lat dziecięcych. Że albo coś za krótko się gotowało, albo się rozgotowało, albo źle doprawiłam, albo przypaliłam, albo śmietany nie dodałam, albo się ona zważyła. Raz tylko przez te 15 lat wyszła mi zupa godna miana "domowej". A może po prostu byłam zbyt głodna, żeby to ocenić.

 Dzisiaj pojechałam do moich rodziców. Głodna, zmęczona, po pracy, z milionem spraw do załatwienia. Mama kazała mi usiąść spokojnie przy stole i coś zjeść. Tata przyniósł talerz pomidorowej. I nagle znikła dorosła kobieta z trójką dzieci. Łyżkę chwyciła mała dziewczynka, z dwoma warkoczykami, zbyt mocno zaplecionymi przez tatę, z kluczem na szyi, w białych, ażurowych podkolanówkach, kupionych przez mamę. Rodzice nie zdziwili się ani trochę. Patrzyli z radością i miłością na swoją grzeczną córcię, z apetytem pałaszującą gorącą zupę. Pewnie zastanawiali się, czy odrobiła już lekcje i poćwiczyła na skrzypcach. Może nawet planowali kazać jej posprzątać swój pokój albo wyrzucić śmieci. Słuchali jej opowieści o minionym dniu, szalonych planach na kolejne. Martwili się, czy da sobie radę. Cieszyli z małych sukcesów. I czasem dziwili się tylko, że mówi tak dojrzale.

 Jak dobrze, że wciąż mogę zjeść pomidorową.


img_3271jpg