Obóz muzyczny. Wyznania jeńca.

Dzień pierwszy.
Dotarliśmy do Szarloty. Nie mylić z Doliną Charlotty. Tam jest ekskluzywnie. Zakwaterowano nas w domkach, które pamiętają czasy PRL-u. Przydzielono klucze i wręczono harmonogram działań na cały tydzień. I nie był to rozkład cowieczornych karaoke czy potańcówek na plaży. Córka dzielnie wykazała gotowość rozszyfrowania tajnych haseł z broszury. To był jej tygodniowy plan zajęć.
Ruszyliśmy w stronę domku numer 8. Po otwarciu drzwi odurzył nas zapach stęchlizny i czegoś bliżej niezidentyfikowanego, o czego istnieniu nie chcieliśmy się dowiedzieć. Zaczęło się zaklepywanie łóżek. Mnie przypadło najbardziej oddalone, wciśnięte w róg, z podwójnym materacem (prawdopodobnie pierwszy się zarwał - nie chcę tego sprawdzać). Przynajmniej jest nad nim lampka. Będzie co robić w nocy.
Potem poszliśmy na kolację. O 18. Zdrowo. Jak w sanatorium. Tylko jedzenia tyle, że wyszliśmy z sakramentalnym już lamentem: „Jeny, ale się obżarłam”. Podejrzewam, że to jakiś ukryty plan zarządu ośrodka. Zakarmić na śmierć. Muszę uważać. Nie po to chodziłam na masaż drewnianymi rolkami, aby teraz wrócił cellulit.

Dzień drugi.
Pobudka o 7.00, bo śniadanie o 7.30. Nieludzko. Ale na razie się trzymamy. Przedarliśmy się przez las do stołówki, aby po raz kolejny stwierdzić, że jedzenia jest podejrzanie za dużo. Musimy sprawdzić, czy któraś z potraw nie jest trująca. Najlepiej na sobie. A kto powiedział, że musli nie pasuje do jajecznicy?
Dookoła słyszymy mnóstwo obcokrajowców. Na pierwszych zajęciach z wiolonczeli okazuje się, że są Włosi, Duńczycy i Finowie. O ile rozumiemy ludy Północy, to zastanawiamy się, co tu robią Południowcy? Może chcą zobaczyć śnieg? Jak tak dalej pójdzie, to jest na to szansa w lipcu.
Około południa wychodzi słońce. Idziemy na plażę, bo może to się nie powtórzyć. Wysyłam zdjęcia kąpiących się synów znajomym. Myślą, że fotomontaż, bo w Polsce przecież leje.
Córka przepadła. Biega między salami z harmonogramem w ręku. Widzimy ją tylko podczas posiłków, podczas których twierdzi, że obóz bardzo jej się podoba. Może to jakaś sekta?

Dzień trzeci.
Decydujemy się zwiedzić okolicę. Jedziemy do Kościerzyny. Jak to podczas zwiedzania bywa, nabywamy pamiątki: sukienkę, bluzkę i strój kąpielowy. Magnesów na lodówkę nigdzie nie było. Dobre i to.
Po obiedzie pływamy rowerami wodnymi. Znajomi nadal się dziwią, że u nas nie leje.

Dzień czwarty.
No i wykrakali. Leje.
8.00 Siedzimy w domku i gramy w karty. Leje.
9.00 Siedzimy w domku i drzemiemy. Leje.
10.00 Siedzimy w domku i jemy lody. Leje.
11.00 Siedzimy w domku i czytamy książki. Leje.
12.00 Siedzimy w domku i gramy w Blokusa. Leje.
13.00 Biegniemy na obiad. Leje.
14.00 Zastanawiam się, czy jeszcze długo tak będzie lać. Leje.
15.00 Znajomi donoszą, że u nich też. Leje.
16.00 Druga drzemka. Leje.
17.00 Dzieci zaczynaja się kłócić. Leje.
18.00 Tracę cierpliwość. Leje.
19.00 Biegniemy na kolację. Leje.
20.00 Idziemy na spacer. Leje.
21.00 Pijemy drinki. Leje.
22.00 Idziemy spać. Leje.

Dzień czwarty.
Przestało lać.
Postanawiamy spędzić dzień muzycznie.
Rano idziemy wysłuchać koncertów solowych. Amelka przepięknie zagrała „La cinquantine” G. Marie. Jesteśmy z niej dumni. Przed obiadem wciąga nas próba orkiestry. Nie wiedziałam, że gamę D-dur można ćwiczyć na przebojach Taylor Swift. Gdyby mnie uczono takimi metodami, dzisiaj byłabym światowej klasy skrzypaczką. Adam dochodzi do wniosku, że zostanie pianistą. Zastanawiam się, czy zapuścić mu włosy jak Chopinowi, ale wieczorem znowu chce być piłkarzem. To jednak zostaje fryzura na Ronaldo.
Amelia wciąż gra. I jeszcze mówi, że jej się to podoba. Zastanawiamy się, czy nam jej nie podmienili.

Dzień piąty.
Postanawiamy nie stawać na wadze przez kilka następnych tygodni, zwłaszcza po knedlach z truskawkami. Nie wiedziałam, że mogę zjeść sześć i jeszcze zagryźć rybą po grecku. Wieczorem ma być party na zakończenie. Z ogniskiem. Grochówką. Kiełbaskami. Szaszłykami. Ciastami. Zastanawiamy się, czy nie zbojkotować imprezy. Powstrzymuje nas obietnica ogórków małosolnych ze smalczykiem.
Cały dzień spędzamy na koncertach. Jesteśmy urzeczeni talentem dzieci. Wszyscy grali przepięknie. Niestety po trzecim koncercie nie odróżniałam już utworów i zdezerterowałam z obawy przed utratą świadomości.
Po burzy z piorunami bierzemy udział w wieczornym party przy muzyce kaszubskiej. Dowiadujemy się przy okazji, że piosenka "Ogórek, ogórek, zielony ma garniturek" też należy do ich repertuaru. No i że bardzo dobrze się przy tym tańczy. 
Zasypiamy sprawiedliwym snem skazańca, marząc o nadchodzącej wolności.

Dzień szósty.
Wypuszczają nas. 
Znowu mogę ubrać szpilki.

img_5764jpg
img_6171jpgimg_5749jpgimg_6191jpg