Jazda na stojąco

Sprzedałam samochód. I to nie dlatego, że zasypał go piach na bezdrożach, o czym zapewne pamiętacie, wnikliwie czytając mojego bloga. Sprzedałam z powodów prozaicznych, żeby nie powiedzieć cynicznych, ale nie o tym tu mowa. Będzie o komunikacji miejskiej, w której łaski musiałam się znowu wkraść jak za dawnych lat studenckich. (Powiedziałam "dawnych"? Nieee, przecież to jakby wczoraj było.) 

Na początku miłe zaskoczenie. Przystanki czyste, z niepozrywanymi rozkładami jazdy, a na niektórych nawet wyświetlacze, informujące, za ile minut przyjedzie tramwaj lub autobus. Wow! Robi wrażenie! Niestety nie przyszło mi do głowy, żeby przed wyjściem sprawdzić, o której mam autobus, więc mój entuzjazm szybko słabnie, gdy okazuje się, że jeden właśnie mi uciekł, a następny mam za pół godziny. I wtedy popełniam kolejny strategiczny błąd. Zamiast wrócić do domu na kawę i poczekać, idę do kolejnego przystanku z nadzieją, że skoro jest przy główniejszej (w ogóle jest takie słowo?) drodze, to pewnie ma więcej połączeń. Owszem, ma! Ale nie dla mnie. Zatem nadal czekam pół godziny, tylko już lekko spocona szybkim marszem do przystanku. Mam nadzieję, że nie potraktują mnie jak menela i nie wyrzucą za zapach z autobusu.

Po trzydziestu minutach oglądania wszystkich ludzi na przystanku, odganiania się się od os ze śmietnika, liczenia samochodów w korkach i osób rozmawiających przez telefon w aucie (sic!) oraz niesamowitej akcji, kiedy pani ze złamaną ręką próbowała przebiec przez ruchliwą ulicę (ciekawe, od czego ta złamana ręka!), przyjechał mój wybawca. Oczywiście wszystkie miejsca zajęte. Stanęłam przy drzwiach, tuląc się do uchwytu. Spojrzałam dookoła, na siedzeniach sami młodzi ludzie. Na oko liceum lub studia. Oczywiście powinnam się cieszyć, że jeszcze mnie nie puszczają. Znaczy wyglądam nieźle. Na kolejnym przystanku zwalnia się miejsce. Z radością je zajmuję, kiedy nagle widzę staruszka wchodzącego do autobusu. Nie był o lasce, ani trzęsący, ani przygarbiony, ani nawet nie był kobietą, co niby bardziej motywuje. Wstałam. Dziaduś spojrzał na mnie z taką wdzięcznością, że poczułam się jak bohater. Dumnie wróciłam na swoje miejsce przy drzwiach. Ze smutkiem spojrzałam na zatopionych w komórkach "młodych" i przystojnego mężczyznę, który z zaciekawieniem obserwował moje nogi, ale nie przyszło mu do głowy ustąpić mi miejsca. Doszłam do wniosku, że nie siądę w ogóle, bo zawsze wynajdę osobę, która wygląda na starszą, chorą lub cierpiącą i jak się jest tak empatyczną, to nie sposób zajmować miejsca.

Z rozmyślań wyrwał mnie łomot w okno. Kiedy spojrzałam, zobaczyłam staruszka, któremu ustąpiłam miejsca. Uśmiechał się szeroko, machał do mnie, pokazując kciuk do góry. Roześmiałam się głośno. Dla takich chwil warto trochę postać, prawda?



img_3971jpg