Gdzie cmentarze z tamtych lat?

Kiedy byłam małą dziewczynką, uwielbiałam dzień Wszystkich Świętych. Rodzice dużo wcześniej zdobywali znicze i kwiaty na groby. Balkon zapełniał się zdobyczami z miejskiego rynku zwanego dziś targiem, które zwiastowały rychłą wyprawę cmentarną, niczym choinka zapowiadająca Boże Narodzenie. 

1 listopada pakowaliśmy wszystko do ogromnych siat i ruszaliśmy na dworzec autobusowy, aby dojechać do Nowej Wioski na grób dziadka i wujka. Pamiętam przeszywające zimno i zaparowane szyby w pojeździe, bo zazwyczaj już wtedy było mroźno i śnieżnie. Machałam nogami obutymi w nowe kozaczki, które należało nabyć, żeby nielicho wyglądać na cmentarzu. Jak się udało, to i nowym płaszczykiem czy futerkiem można było poszpanować. Wszystkich Świętych było w końcu prawdziwą rewią mody oraz cezurą wyciągania zimowych nakryć.

W autobusie było pełno ludzi. Wszyscy z podobnymi zawartością torbami, bo jakiś wymyślnych ozdób kiedyś nie było. Chryzantemy w doniczkach były rarytasem. Jak kogoś nie było stać, to miał kwiaty cięte. Albo same znicze. Oczywiście takie małe, które na pewno nie paliły się jak współczesne po kilkadziesiąt godzin.

Po przyjeździe szliśmy do Kościoła. Lubiłam msze na wsi, bo ludzie jakoś głośniej śpiewali i organista śmiesznie fałszował. Czasem chichotałam w szalik, żeby nikt nie widział, bo kiedyś dzieci nie mogły chodzić po Kościele jak teraz. Nawet zwykłe wiercenie mogło zostać skarcone przez stojącą obok babcię, a co dopiero kiedy się język pokazało do brata (wiem, co mówię, testowałam)!

Po mszy szliśmy nad groby. Biłam się z bratem o to, kto zapali znicz. Do dziś nam to zostało niestety. A potem zaczynało się spotkanie rodzinne. Od dawna niewidziane ciocie, wujkowie, kuzynostwo całowali się wzajemnie na powitanie. Dziwili, jak urosłam. Pytali, czy nadal dobrze się uczę. I czy mam już chłopaka (nieważne, że byłam w pierwszych klasach podstawówki). Opowiadaliśmy sobie wydarzenia z ostatniego roku, wyznawaliśmy jakieś rodzinne ploteczki i dzieliliśmy smutkami. Na cmentarzu nie stało się pięciu minut, ale godzinami, aż nosy przymarzały i odpadały dłonie. Uwielbiałam to!

Potem ruszaliśmy na przysłowiową kawę, podczas której nikt dzieci nie pytał, czy w ogóle chcą coś do picia (mój brat zawsze chciał), a co najwyżej uraczono nas kawałkiem ciasta. A i tak było super! Chowaliśmy się z kuzynostwem w innym pokoju, żeby pogadać o różnych głupotach, bo nikt wtedy nie miał komórki ani komputera i trzeba było po prostu ze sobą być. Szaleństwo!

Oczywiście na jednym cmentarzu się nie kończyło. Pakowaliśmy się do kolejnego autobusu, bo przecież nie mogliśmy tego dnia zostawić bez odwiedzin żadnej zmarłej osoby z rodziny. Często trzeba było iść pieszo do drugiej miejscowości, bo nic do niej nie dojeżdżało. W śniegu, z przemarzniętymi już dłońmi i przeciekającymi butami. Aby rytuał cmentarny zacząć od nowa. I znowu go zakończyć ciepłą drożdżówką u cioci Zosi.

Dzisiaj na cmentarz podjeżdżam samochodem. Idę na mszę do tego samego kościoła, co kiedyś, ale organista jakiś lepszy i nawet śmiać się nie ma z czego. A na cmentarzu tylko jedna ciocia i dwóch wujków. 

I tylko grobów jakby więcej...



img_4638jpg