Dlaczego warto biec na końcu?

Ciśnie mi się od razu na usta pytanie: bo niby dlaczego fajniej biec na początku? Człowiek nie ma w ogóle radości z biegania. Przed startem wciąż myśli, czy zjadł odpowiednią ilość bananów i czekolady. Czy wykonał wystarczającą ilość treningów, w tym siłowych, podbiegów i interwałów. Zastanawia się, czy właśnie dzisiaj jest szansa na życiówkę. I czy to nie wstyd, że jego kumpel robi lepszy czas, mimo że trenuje krócej. Stoi taki przed startem spocony, bo podczas rozgrzewki dał z siebie wszystko, a do tego tłoczy się wśród innych zapaleńców, którzy depcząc sobie po nogach walczą o kilka zdobytych sekund. 

Nie to co ja. Wypijam kawkę, zjadam śniadanko. Potem banana i czekoladę, żeby było jak w poradniku dla biegaczy. A potem jeszcze loda, bo jest ciepło i dzieci robią mi smaka. Potem idę sobie postać w kolejce do toalety, kiedy ci z początku biegają już dookoła bieżni. Robię sobie fotki "przed", bo nigdy nie wiadomo, czy będą "po" na wypadek jakiegoś udaru czy omdlenia. Ucinam sobie pogawędkę ze znajomymi biegaczami, którzy również znaleźli się w strefie: "powyżej godziny". Śmiejemy się i opowiadamy różne straszne historie z poprzednich biegów. Wiecie, kogoś karetka zabrała, a ktoś padł przy drodze i czekał na ratunek. Takie tam. Po ich wysłuchaniu człowiek ma jeden cel: przeżyć. 

Kiedy słyszę wystrzał lub inny huk oznaczający start, nie rzucam się jak hiena na padlinę. Idę sobie spokojnie, aż tłum się uleży, przechodzę do delikatnego truchtu, a potem... zostaję na tym truchcie. Jedyne o czym myślę, to oddychanie. Naprawdę, można o tym zapomnieć. Dwa wdechy, dwa wydechy... Rytmicznie. Jest dobrze. Dam radę. Oczywiście mam poczucie, że wszyscy mnie wyprzedzają. Powiadają, że na końcu to ty ich będziesz wyprzedzał, ale u mnie to chyba nie działa. 

Na pierwszym kilometrze zawsze łapie mnie coś w stylu: "ale po co ja w ogóle biegnę? Matko, ale to bez sensu. Jeny, ale to daleko. Dżisas, jeszcze godzina truchtania. I po co mi to?" Na drugim kilometrze zawsze mam wrażenie, że zrobiłam już chyba cztery i z przerażeniem stwierdzam, że się mylę. Na trzecim wymiękam. Kto to powiedział, że kryzys przychodzi na piątym lub siódmym kilometrze? Pewnie jakiś Kenijczyk. Ja ciągle mam kryzys. Na czwartym to już w ogóle. Kiedy ja nie jestem nawet w połowie trasy, liderzy już zbliżają się do mety. Tego im właściwie zazdroszczę. Pół godzinki i z głowy. I znowu można jeść lody. 

Około piątego kilometra zaczynam jednak rozumieć, dlaczego warto biec na końcu. Zaczynam widzieć to, czego ścigacze nie mają szans zobaczyć. Dostrzegam, jak mąż wspiera żonę, aby zrobiła kolejny krok. Jak zapewnia ją, że jej nie zostawi, wachluje i podaje wodę. Widzę dramaty ludzi, którzy nie mają już siły, ale walczą z samymi sobą, bo ten bieg coś dla nich znaczy, jest w jakiejś głęboko skrywanej intencji, do której dostęp mają tylko oni sami. Obserwuję grupy przyjaciół, wesoło rozmawiających podczas wysiłku. Słuchają muzyki i dowcipkują. Podczas Nocnego Biegu Świętojańskiego widziałam nawet takich, co wybiegli z krzaków, pijąc piwo. Pewnego razu miałam towarzystwo miłego pana, który skoczył po kebaba i biegł, zajadając go. Słyszę też kłótnie partnerskie pod tytułem: "Nie mów do mnie teraz". Nie wiem dlaczego, ale zazwyczaj milczący panowie podczas biegu strasznie dużo mówią. Obserwuję też takich, co pomagają innym. Zachęcają do dalszego wysiłku, zatrzymują się, kiedy ktoś źle wygląda. Nie zależy im na wyniku. Ważniejszy jest człowiek. Za każdym razem mnie to zachwyca. 

Na ósmym kilometrze ubywa sił. Nie wiem, jak inni to robią, że nagle przyspieszają. Nie daję już rady nawet pić wody, podanej przez wolontariuszy. Zazwyczaj tylko się nią polewam dla ochłodzenia. Przy drodze stoją kibice. Pewnie nawet nie zdają sobie sprawy, jak pomagają ich okrzyki. Czasem słowo zachęty. Pamiętam, jak na jednym z biegów ktoś zawołał: "Magda, dasz radę", bo wyczytał moje imię na koszulce (jeszcze raz dziękuję klasie III h za taki prezent). Ostatkiem sił zebrałam się wtedy do walki. 

Przed metą widzę moje dzieci. Ich roześmiane twarze. Mam nadzieję, że są dumne z ambitnej mamy. Wierzę, że kiedyś też będą odważni i wytrwali. Widzę rodziców, którzy oddychają z ulgą, bo na każdy dźwięk karetki mieli ciarki na plecach, czy to przypadkiem nie ich córka. Widzę też męża, który stoi z butelką energetyka i aparatem w ręku. A jednak będzie zdjęcie "po".

I przychodzi euforia. Meta. Dałam radę. Jestem dzielna. Jestem silna. Jestem wytrwała.

Dajcie loda. 


img_8006jpg