Bovska

 Weekend zaczął się cudownie. Przyjaciółka zaprosiła mnie na koncert Bovskiej w Starym Maneżu w Gdańsku. Co prawda miałam ambitny plan poprania wszystkich zasłon i firan, ale po sekundzie namysłu stwierdziłam, że to może poczekać do jutra. W końcu ostatnio wciąż katuję "Pofalowanych" na przemian z "Kaktusem". Musiałam usłyszeć to na żywo.

 Na miejscu okazało się, że artystka jeszcze nie należy do topowych w naszym kraju, bo przed sceną było sporo przestrzeni. Doszłam również do wniosku, że mam młody gust muzyczny, kiedy zobaczyłam dookoła towarzystwo 20+, bujające się radośnie w takt muzyki. Nie żebym miała kompleksy. Lubię patrzeć na młodych ludzi, którzy mają w sobie pozytywną energię i do tego kulturalnie się bawią. Mam nadzieję jedynie, że oni nie patrzyli na nas jak na staruszki, które pewnie zapomniały okularów w Starym Maneżu. 

 Bovska była boska. W kolorowej sukience (wraz z J. stwierdziłyśmy, że musimy taką mieć) niczym motyl fruwała po scenie, racząc nas świetną muzyką i jeszcze lepszymi tekstami. Nie wiem kiedy podrygiwałam wraz z dwudziestolatkami i do tego śpiewałam refren piosenki "Póki czas": "Całuj mnie jeśli chceeeesz, paraparapapaaaaa!" (musiałam być boska z moją ostatnio nabytą chrypą). 

 Podczas słuchania piosenki "Cyrk" pojawiła się jednak refleksja, że większość jej piosenek traktuje o rozpaczliwej potrzebie kobiety akceptacji przez mężczyznę. Że zmieniamy się dla nich, dajemy tresować i wciąż prosimy o miłość. Trochę to jednak smutne. Przypomniał mi się od razu spektakl "Hartowanie Jana" (reż. Rita Jankowska), nad którym pracujemy w Teatrze Błękitna Sukienka, i nasza ostatnia dyskusja nad nim. Mówiliśmy o tym, że to kobieta zmienia mężczyznę, urabia go na swoją modłę, ale może właśnie podczas tego procesu sama ulega zahartowaniu? 

 Koncert zakończył się brakiem mojej ulubionej piosenki "Pofalowani", który po tych rozważaniach brzmi jak antyfeministyczny hymn zakochanej kobiety:

"Ja tylko Ciebie chcę, Ciebie chcę...
Ja z Tobą mogę biec, mogę biec..."


bovska3jpg

bovska4jpg