Bitwa XXI wieku

 Wszystko zaczęło się niewinnie. Dwa tygodnie temu podczas imprezy rodzinnej usłyszałam (po raz kolejny zresztą) o cudzie kuchennym - Thermomixie, który gotuje, waży, blenduje, emulguje (cokolwiek to znaczy), wyrabia ciasto, szatkuje i ubija. Pewnie coś jeszcze ominęłam, ale chyba samo to wystarczy, żeby zrozumieć moje pragnienie posiadania tego urządzenia. Oczami wyobraźni widziałam siebie jako następczynię MasterChefa, roześmiane twarze mojej dziatwy podczas pałaszowania bułeczek przeze mnie wykonanych i dumnego męża, zajadającego zupę ugotowaną w 15 minut. Już czułam pytający wzrok zaskoczonych koleżanek: "Jak ty to zrobiłaś?" Ba, nawet słyszałam oklaski dalszej rodziny, zaproszonej na śniadanie wielkanocne. Niestety czar prysł, kiedy dowiedziałam się, ile to cudo kosztuje. "Ideał sięgnął bruku!" (Norwid). Wróciłam zatem do garów i wydłubywania ciasta z pierścionków, bo oczywiście zawsze zapominam ich zdjąć przed wyrabianiem. 

 Tu mogłaby się zakończyć ta historia. Ot, wspaniale zapowiadająca się kucharka traci swe marzenia na przypalającej patelni. Ale jak to w życiu bywa, nastąpił zwrot akcji. Otóż we wtorek dowiedziałam się, że w Lidlu będzie maszyna odpowiadająca Thermomixowi i to za kwotę sześciokrotnie mniejszą! Jupi! Cel obrany! Marzenia odzyskane! Miałam dwa dni na obmyślenie planu działania.

 Zaczęły się przygotowania do bitwy o SilverCrest. Najpierw zrobiłam rozeznanie w Internecie, czy warto to w ogóle kupić. Bo nawet jeśli kto patrzy na ilość moich butów, rozrzutna nie jestem. Naoglądałam się pierożków, zup, kremów, sosów, lodów, koktajli oraz ciast i zrozumiałam: "Warto!" Potrzebowałam sojusznika w walce. Po długiej rozmowie zawiązałam koalicję z bratową. Kolejnego dnia poprosiłam o wsparcie również mamę, gdyby zabrakło sił na polu walki. Miałyśmy plan. Każda z nas idzie w czwartek rano, równo o ósmej, do Lidla i biegnie co sił po sprzęt. Która będzie pierwsza, bierze dla drugiej.

 Ze środy na czwartek śnił mi się Lidl. Niedobrze. Zerwałam się na równe nogi o szóstej, choć zazwyczaj lubię w spokoju posączyć kawkę. Dzieci ubrałam, nakarmiłam i wyprawiłam do szkoły. Nadeszła godzina zero. Była godzina 8.02, kiedy wbiegałam do przybytku sklepowego. Ludzie tylko z pozoru byli spokojni. Ha, nie ze mną te numery! Rzuciłam okiem na tych, którzy grzecznie sięgali po koszyki. Czułam przewagę, mijając ich. Na 9-centymetrowych szpilkach biegłam przed siebie. Nawet nie spojrzałam na pachnące bułeczki (już wiem, dlaczego są w pierwszej alejce, hamują rozwój wypadków). Z rozwianym włosem wyprzedzałam kolejne osoby, pozornie zachowujące spokój i udające obojętność. I nagle je zobaczyłam. Ogromne pudło w środku trzeciej alejki. Stała przy nim kobieta, szykująca się do ataku. Miałam ochotę zrobić jakiś wślizg albo faul, ale resztki przyzwoitości nakazały mi ograniczyć się do sprężystego kroku. Kobieta właśnie pakowała pudło do kosza. Nieeeee!!!!!!!!! ... Na szczęście tuż obok dostrzegłam drugi SilverCrest. Tfu! Tfu! Zaklepane! Mam go!!!! Mam!!!!!!! Aaaaaa!!!!

 Ale tylko jeden. Wykonałam telefon do sojuszniczki. Niestety poległa. Sprzymierzeniec awaryjny też nie dał rady. Musiałam działać. Przeskanowałam w głowie wszystkie sklepy w pobliżu. Postanowiłam zaryzykować, mimo że zegarek wskazywał 8.15. W kolejnym Lidlu byłam o 8.21. Nieco już sfatygowana, spocona, ale wciąż pełna wiary ruszyłam do alejki numer trzy (miałam tę przewagę nad wrogiem, że już znałam teren). I wtedy go zobaczyłam! Święty Graal! Szybki telefon do sojusznika, obwieszczający zwycięstwo. Radość. Łzy szczęścia. Okrzyki zachwytu. Pozostało jedynie po raz drugi przenieść te cudowne 10 kilogramów w szpilkach do samochodu, ale cóż to było wobec tego poczucia chwały! Jestem zwycięzcą!

 P.S. Proszę jeszcze nie pytać, czy już wypróbowałam SilverCrest. Trwa kolejna bitwa - o rozpracowanie instrukcji. :-)

bitwa2jpg