Bajka o zaufaniu

  Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma lasami żyła sobie nauczycielka. Wstawała o świcie, zakładała kolorowe pantofelki, pakowała do odpowiednio dobranej torebki książki i przeczesawszy (imiesłów przysłówkowy uprzedni) rozwiany włos, jechała swą czerwoną karocą do szkoły. Zaparkowawszy powóz, ruszała energicznym krokiem przez korytarze przybytku edukacyjnego, serdecznie pozdrawiana przez swoich uczniów. Była szczęśliwa. Wszak po to kończyła studia polonistyczne (z wyróżnieniem!), aby dzielić się swą wiedzą ze spragnionymi i inspirować niezainteresowanych. Miała powołanie, więc była spełniona. Czuła misję i to pozwalało jej żyć, nawet jeśli skarbiec czasem zaświecił pustkami.

 Nauczycielka lubiła swoich uczniów. I tych, co modlili się, żeby jej nie było i tych, którzy dziękowali, że była. Starała się zrealizować program, przygotować młodzież do egzaminów, ale też pragnęła zasiać w nich ziarenko miłości do literatury, filmu czy malarstwa. Była sprawiedliwa i słowna. Skrupulatnie notowała w kalendarzu plany na najbliższe dwa miesiące. Jeździła z uczniami na wycieczki. Prowadziła koło teatralne i zajęcia kreatywności. Nie odmawiała pomocy. Wspierała. Zachęcała do udziału w konkursach. Wymagała szacunku i sama traktowała uczniów z szacunkiem. Nigdy nie chciała nikogo zranić albo mu dokuczyć. Wierzyła w swoich podopiecznych i cieszyła się z drobnych przejawów sympatii. Czasem tylko martwiła się, kiedy ktoś sprawił jej przykrość. Ale to był bardzo rzadko, jak to w bajkach bywa.

 Pewnego dnia jednak nauczycielka poważnie się zasmuciła. Akurat sprawdzała prace klasowe, kiedy natknęła się na taką, która wydała jej się podejrzanie dobra. Zbyt dobra. Zbyt dokładna. Perfekcyjna. I wtedy nauczycielka zwątpiła. Czyżby ktoś chciał ją oszukać? Czyżby ktoś z niej kpił? Czyżby ktoś wykradł z pilnie strzeżonego skarbca jej testy? Czy miała dowody? Nie. Tylko przeczucie, które sprawiało jej przykrość. Nie dlatego, że ktoś ją przechytrzył, ale że w ogóle chciał ją oszukać. Ją. Prawą królewnę.

 Postanowiła działać. Następnego dnia oddała klasówki. Poprosiła do siebie nieszczęsnego ucznia i zasugerowała, że wie o sztuczce, ale, jako że nie ma dowodów, wpisuje tę bardzo dobrą ocenę. Po lekcji czekał na nią winowajca. Z wielkim żalem w oczach. "Nie chcę tej oceny, skoro Pani mi nie wierzy" - powiedział. I wtedy nauczycielka oniemiała. Jak to? Pomyliła się? Jak dobrze! Jak dobrze, że znowu może wierzyć w ludzi, swój zawód i sprawiedliwość. Poczuła jednak wstyd, że tak pochopnie oceniła swego ucznia. Przeprosiła go, ale przygnębiona wróciła do domu.

 Co się stało z jej zaufaniem do ludzi? 

 Mamy skłonność do oceny ludzi, wydarzeń, bez zgłębienia tematu albo próby odkrycia prawdy. Dlaczego tak się dzieje? Czasem wynika to z naszego poczucia wyższości, warunkowanego wiekiem (bo jestem starszy!), stanowiskiem (bo jestem twoim szefem!), pełnioną rolą (bo jestem twoim rodzicem!). Czasem wynika to z naszego przekonania, że znamy się na ludziach, mamy szósty zmysł, trzecie oko, czy inne atrybuty pozwalające "widzieć więcej". Czasem boimy się rozczarowania i dlatego wyrokujemy negatywnie o sytuacji, żeby przypadkiem ktoś nas nie ubiegł, nie zranił, żebyśmy mogli wtedy powiedzieć: "a nie mówiłem?" Czasem chcemy być po prostu tym cwańszym, co to nie da się wodzić za nos. Czasem niestety brakuje nam pokory i uważamy, że wiemy wszystko najlepiej. Czasem nie mamy otwartości, tej przestrzeni, w której drugi człowiek może nas zaskoczyć, zmienić nasze myślenie, pokazać inną perspektywę. Czasem jest to efekt zdradzonego zaufania, które tak trudno odbudować.

 Nauczycielki jednak to nie dotyczyło. Zrozumiała, że przestała wierzyć w swoją bajkę i to zasmuciło ją jeszcze bardziej.