Ale jazda!

 Przygoda. "Niezwykłe zdarzenie, odbiegające od trybu życia danej osoby". Tyle słownik. Tylko dlaczego ja wciąż mam jakieś przygody? Tyle ja. Nie oszukujmy się, zawsze uważałam, że przygody to może mieć jakiś taternik, odkrywający jaskinię w niedostępnych górach, albo podróżnik, który maczetą tnie liany w dżungli, ewentualnie marynarz, walczący z jakimś szkwałem czy sztormem. Ale polonistka? Matka dzieciom, co to jedyną przygodę przeżywa, kiedy odmówią zjedzenia parówki? Bez jaj. Przygody są dla ludzi żyjących ekstremalnie, a nie kur domowych z ambicjami krzewienia wiedzy wśród młodzieży. A jednak wciąż mam jakieś przygody! Jak tę, po której otrzymałam pseudonim "empik" (kiedyś Wam opowiem) albo słynna historia z tortem zamiast forda. Taaaak, brzmi nieprawdopodobnie, a jednak mam co opowiadać dziatwie.

 Ale do rzeczy. Dzień był piękny. Słoneczko od rana. Dzieci ogarnięte i o dziwo na czas w szkole. Uczniowie mili. Kanapki zabrane (jak ja nie cierpię, kiedy zostają w domu). Nic nie zwiastowało tego, co miało się wydarzyć. Chmury nie naszły, las złowrogo nie mruczał, niczym u Słowackiego. Nawet muzyka nie sugerowała zmiany akcji jak w filmach Hitchcocka. W radiu leciał Enrique. Wracałam z pracy. Radosna. No wiecie, pełen luz. I nagle korek. Wszystko stoi. Stoję 15 minut i nic. Wyciągnęłam telefon i ustaliłam nową trasę do domu. Dłuższą, przez nieznane mi wioski, ale za to bez korków. Ruszyłam. Pan w telefonie grzecznie mówił: "Jedź prosto". Wszystko wydawało się dziecinnie łatwe. Ha, przechytrzyłam setki kierowców, stojących tymczasem w korku.

 Nie wiem, kiedy droga asfaltowa zamieniła się w szutrową, a potem w polną. Wciąż wydawało mi się, że jest dobrze, że cel jest blisko (w końcu widziałam połyskującą w oddali wieżę kościoła). Pełna entuzjazmu zatrzymałam się i zrobiłam zdjęcie samowyzwalaczem. Spójrzcie na ten uśmiech, jeszcze nie wiedziałam, co mnie czeka. Zaczęłam wątpić, kiedy polna droga zamieniła się w błotnisto - dziurawą ścieżynkę, a ja musiałam gimnastykować się, żeby moja mała toyota yaris nie zawisła na którymś z wybrzuszeń. Przekroczyłam granicę: jechać strach, ale i wrócić nie ma jak. Szybko obmyślałam kolejne plany ewakuacji, ale oprócz telefonu do mamy z pożegnaniem przed rychłą śmiercią nic nie przychodziło mi do głowy. Zatem jechałam. GPS raźno zachęcał: "Jedź prosto!" Odpowiadałam mu przekleństwami. Ale cichutkimi.

 Nagle wyjechałam na otwartą przestrzeń. Niestety bez drogi. Ni to pole, ni to plac budowy. Miałam do wyboru: jechać pod górę, za którą nie wiadomo co jest, albo jechać prosto, jak nakazywał pan z telefonu. Chyba nie muszę Wam mówić, dlaczego pojechałam pod górę. Jako że jestem krótkowidzem, z przerażeniem odkryłam, że jadę po piachu. Modliłam się, żeby się nie zakopać. Na jedynce wjechałam na szczyt i wtedy moim oczom ukazał się przerażający widok: byłam na placu budowy!!!!!!! AAAAAAAAAAAA!!!!!!!! (to i tak nie oddaje moich emocji) Stanęłam w środku jakiejś potężnej budowy. Dookoła piach, koparki, ciężarówki i inne samochody wielkości mojego domu. I ja. W mojej małej czerwonej toyotce. Już wyobrażałam sobie te wszystkie zaskoczone spojrzenia pracowników. Zatrzymałam się. W oddali zobaczyłam dwie majaczące sylwetki. Wysiadłam. Bogu dzięki, że akurat dzisiaj nie miałam fantazji na szpilki. Poprawiłam blond grzywę i z uśmiechem ruszyłam do dwóch mężczyzn. 

- Niech panowie mnie nie pytają, jak się tu znalazłam. Proszę mi tylko wskazać jakąś drogę odwrotu... - zaczęłam. 

 Zaczęli się śmiać. Nie wiem dlaczego, ale cieszyłam się w duchu, że nie mieszkam w jakimś muzułmańskim kraju i nie muszę bać się dwóch młodych samotnych mężczyzn. Oczywiście ich wzrok mówił: "Typowa blondynka", ale wskazali mi drogę ewakuacji. Niestety po piachu. Zrozpaczona zapytałam, czy się nie zakopię i wtedy oni zwalili mnie z nóg. Nie naprawdę, choć byli całkiem do rzeczy. Zaproponowali, że pojadą przede mną koparką i będą ubijać mi drogę. Wyobrażacie to sobie? Wyobrażacie?! Trochę już weselsza ruszyłam za nimi. W tumanach piachu, który zaczął się wdzierać do kokpitu. O przepraszam, środka samochodu. Momentami nic nie widziałam i niczym kierowca wyścigówki działałam instynktownie. Kluczyłam krok za nimi, aby nie stracić przyczepności. Jakie było me szczęście, kiedy zobaczyłam drogę. Uratowana! Panowie wesoło mi pomachali, a ja ruszyłam przed siebie przy dźwiękach nawigacji: "Jeśli to możliwe, zawróć!"

PS Jeszcze raz dziękuję uprzejmym Panom z koparki. Dzięki takim ludziom jak Wy blondynki mają szansę na przeżycie!

PS2 Gdyby ktoś potrzebował doświadczonego kierowcy na Rajd Dakar, to czekam na propozycje.